czwartek, 10 lipca 2014

Dawać małe nadzieje - rozmowa z psychologiem z hospicjum

Czy osoba pomagająca nieuleczalnie chorym ludziom boi się śmierci? Kto trudniej znosi umieranie - pacjent czy jego rodzina? Kiedy lepiej nie mówić całej prawdy, czym jest tanie pocieszenie i czy rzeczywiście śmierć jako margines codzienności to rzecz nowa dla naszej kultury? O tym rozmawiam z Ewą Kalińską, psychologiem z hospicjum onkologicznego.
W którym momencie pojawia się Pani w życiu pacjentów i ich rodzin?
Wiadomo, ze najlepiej byłoby, gdybym mogła do każdego naszego pacjenta przychodzić z urzędu, bo mam taką ciekawość ludzi, chcę wiedzieć, co się dzieje na oddziale. Procedury wyglądają jednak tak, że czekam na zlecenie od lekarza i to lekarz ocenia możliwość oraz chęci kontaktu słownego ze strony pacjenta. Pojawiam się więc przede wszystkim wtedy, kiedy dostaję sygnał od onkologów. Zdarzają się także sytuacje, nie tak rzadkie, kiedy o opiekę psychologiczną nad sobą występują członkowie rodziny, czy szerzej, bliscy chorego.
Z Pani obserwacji - kto częściej potrzebuje wsparcia, sam chory, czy właśnie jego bliscy?
Tu nie ma niestety żadnych zadekretowanych prawd. Ja bardzo lubię pracę z rodziną, bo bliscy skuteczniej przyjmują pomoc. Praca z pacjentem hospicjum polega na towarzyszeniu. Na tyle, na ile pacjent jest gotowy przyjąć moją życzliwość, staram się budować kontakt, który stanowi o tym, że pacjent czuje, że jest w przyjaznym mu miejscu. Z rodzinami praca jest o tyle trudniejsza, że jak pani się pewnie domyśla, osoby bliskie są zadręczane komentarzami przez osoby poboczne, poczuciem winy werbalizowanym w sformułowaniu "oddałem ojca/matkę do hospicjum”. Ja wtedy wkraczam z korektą zgodną z moim najgłębszym przekonaniem, że nie "oddałam” tylko "powierzyłam najlepszej opiece”, ponieważ w domu, choćby nie wiem jak bardzo wypływała z miłości, opieka nie będzie profesjonalna. Ta różnica w wydźwięku słów "oddałam” a "powierzyłam” często przynosi już w pierwszych minutach rozmowy ulgę rodzinie. W słowie "oddałam” jest ocena, w słowie "powierzyłam” jest wiara w pomoc, w ulgę. Nie umiem powiedzieć, kto częściej przychodzi, czasem jest tak, że obie strony tego potrzebują, czasem pacjent nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie korzyści mogą płynąc ze spotkania z psychologiem. Pacjent jest gniewny, lęk wywołuje różne mechanizmy obronne, jednym z nich jest agresja. Kiedy się spotykamy, ja pozwalam się wyzłościć, wykrzyczeć, następuje ulga i umocnienie kontaktu, ale czasem jest tak, że moja pomoc ogranicza się do kontaktu z rodziną.
Jak to jest z pacjentami - przychodząc do hospicjum mają to poczucie, że to ostatni przystanek, ze tu się wszystko skończy, a może jest inaczej, często wierzą, że wyzdrowieją?
Wiara w wyzdrowienie to kwestia nadziei. Absolutnie nie stwarzamy nadziei na poprawę główną, bo rozbicie tego złudzenia może potem bardzo boleć. Ten komfort codzienny, świadomość, że jutro będzie kąpiel, a pojutrze szansa, że przyjedzie ktoś, kto przywiezie ulubioną szarlotkę, przyjedzie ciocia z Krakowa - to są te małe nadzieje, które tutaj możemy zapewniać. Na pytanie, czy chorzy wierzą, że zupełnie wyzdrowieją - cóż, niektórzy na pewno tak, ale my z tym nie polemizujemy. Czy hospicjum to miejsce, w którym się kończy życie? Najczęściej tak. Pracując tutaj już piętnaście lat poznałam co prawda kilka osób, które stąd wyszły, miały trochę szczęścia, ale w zasadzie tu się przychodzi na koniec życia. Nam chodzi przede wszystkim o to, by ten koniec życia był godny, by działo się to w jako takim komforcie. Wszyscy jesteśmy podszyci lękiem, tyle że tutaj mamy zespół pomocowy, który zadziała nawet jeśli coś wydarzy się w środku nocy, zaś jeśli chory jest w domu i czeka na pogotowie, to może go nie doczekać. To są te małe nadzieje, które dajemy. To, że możemy skutecznie walczyć z bólem, stanowi podstawową nadzieję naszych chorych.
Cały wywiad:
http://foch.pl/foch/1,139269,16243603,Dawac_male_nadzieje___rozmowa_z_psychologiem_z_hospicjum.html

środa, 9 lipca 2014

Poradnik "Bliżej osób z chorobą Alzheimera"

Poradnik jest co prawda adresowany do "opiekunów i terapeutów osób dotkniętych chorobą Alzheimera w II i III stadium przebywających w Domach Pomocy Społecznej", ale wiele rzeczy może także sprawdzić się  w opiece domowej:
http://bystra.sadyba.org/wp-content/uploads/Bli%C5%BCej-os%C3%B3b-z-chorob%C4%85-Alzheimera.pdf

Ruszyła strona internetowa "Przystanku Alzheimer"!

Dzięki pomocy i zaangażowaniu Stowarzyszenia "mali bracia Ubogich", które od dwóch lat wspiera inicjatywę społeczną "Przystanek Alzheimer", ruszyła strona internetowa "PA". Oto jej adres: www.przystanek.malibracia.org.pl
 Na stronie głównej znajdziecie Państwo informacje o ostatnich działaniach "Przystanku Alzheimer". Klikając w zakładkę "Aktualności" dotrzecie Państwo do ciekawych materiałów, które polecamy.
Przypominamy, że można się zgłaszać na kolejne, już 24. spotkanie z cyklu "Przystanek Alzheimer". Szczegóły: http://przystanek.malibracia.org.pl/aktualnosci/zaproszenie-na-24-spotkanie-z-cyklu-przystanek-alzheimer/
Przychodząc na nie otrzymacie Państwo m.in. odpowiedź na pytania: Czy chory na alzheimera traci węch? Jak sprawić, żeby chory, który nic nie mówi od kilku miesięcy przemówił? Dlaczego warto wracać do dzieciństwa i młodości?

wtorek, 8 lipca 2014

Powstaje test krwi prognozujący chorobę Alzheimera

Brytyjscy badacze twierdzą, że są bliscy opracowania testu krwi
pozwalającego z 87-procentową dokładnością przewidzieć rozwój choroby
Alzheimera u osób, które nie mają jeszcze żadnych objawów – informuje
pismo "Alzheimer's & Dementia".

Test, nad którym pracują specjaliści kilku brytyjskich uczelni, nie
jest jeszcze gotowy do wykorzystania w praktyce lekarskiej. Na razie
wiadomo jedynie, jak go zrobić.

Na podstawie badań około 1 tys.
osób, z których część miała łagodną demencję albo cierpiała
na chorobę Alzheimera, badaczom udało się ustalić, jakie białka we krwi
świadczą o dużym ryzyku pojawianie się objawów choroby.

Prof.
Simon Lovestone z University of Oxford twierdzi, że konieczne są dalsze
badania, by się upewnić, iż wykryte białka są faktycznym zwiastunem
choroby Alzheimera. Chodzi bowiem o prognozowanie choroby u
ludzi zdrowych, którzy nie wykazują jeszcze żadnych poważniejszych
objawów pogorszenia pamięci.

Test w pierwszej wersji może być gotowy już w 2015 r. Najpierw ma być stosowany w badaniach klinicznych.Więcej: Powstaje test krwi prognozujący chorobę Alzheimera - Rynek Zdrowia - rynekzdrowia.pl

niedziela, 6 lipca 2014

Zaproszenie na 24. spotkanie z cyklu "Przystanek Alzheimer"

O ośrodku w Ścinawie zrobiło się głośno po publikacji w "Polityce" tekstu "Zanim padnie ostatni as". Materiał był tematem z okładki.
"W Ścinawie nie zakleja się luster. Tutejsi pensjonariusze jeszcze nie boją się własnych odbić. Większość ośrodków alzheimerowskich to dożywotnie przytułki, gdzie już się nie leczy, tylko umieszcza" - można było przeczytać w tekście.
Autorka reportażu, Edyta Gietka, tak scharakteryzowała ośrodek w Ścinawie: "To jedno z największych w Europie Wschodniej centrów badawczo-diagnostycznych alzheimera. Od kilku lat w Ścinawie opracowuje się autorskie techniki prolongaty pamięci, których pensjonariusze uczą się na 3-miesięcznych turnusach, refundowanych przez NFZ."
Jak się pracuje w tym ośrodku? Oto jeszcze jeden cytat: "Od zeszytów wydawanych przez firmy farmaceutyczne z banalnymi szaradami typu: cytryna jest niebieska (prawda czy fałsz?), wolą lekcje ze wspomnień. To autorskie treningi ścinawskie utrwalania własnej tożsamości. Każdej lekcji przypisany jest inny etap życia. Pani wyświetla slajdy „Dzieciństwo”. Koncentrują się. (Jezusie złoty, jak to się nazywa?). Mleko. Lubiło się. A to kakao. Było drogie. To (Jezusie złoty?). Kogel-mogel. Mama ucierała. Ciuciubabka. Kapsle. Chleb z cukrem..."
To oczywiście tylko jeden z przykładów. Więcej o autorskich, innowacyjnych technikach pracy z chorymi będą mogli się Państwo dowiedzieć na 24. spotkaniu z cyklu "Przystanek Alzheimer". Odbędzie się ono w czwartek 24 lipca w godz. 18-20 w Domu Dziennego Pobytu Seniora "Millowe Miejsce" ul. Wróbla 20A. Spotkanie będzie miało charakter telekonferencji. Lekarze i terapeuci ze Ścinawy, siedzący po drugiej stronie ekranu, opowiedzą o swojej pracy i odpowiedzą na pytania uczestników zajęć.
Udział w spotkaniu jest bezpłatny. Liczba miejsc ograniczona. Zgłoszenia można przesyłać na adres: przystanekalzheimer@gmail.com lub telefonicznie: 600600186.
Jeśli ktoś pragnie otrzymać link do artykułu "Zanim padnie ostatni as" proszę zaznaczyć to w mailu.

sobota, 5 lipca 2014

Reportaż z zajęć z jogi śmiechu - 23. spotkania z cyklu "Przystanek Alzheimer"

Byłam jednym z uczestników sesji poświęconej jodze śmiechu, zorganizowanej w warszawskim oddziale Stowarzyszenia „mali braci Ubogich” z inicjatywy „Przystanku Alzheimer”.
Wybierając się na spotkanie zastanawiałam się, jaki też będzie miało ono przebieg, a także jak zareaguję na tego typu doświadczenie. Dla mnie pierwsze tego rodzaju w życiu. Na jogę śmiechu zwróciłam uwagę z powodu pięknej, kuszącej nazwy, kojarzącej mi się nieodłącznie z beztroską radością, pogodą ducha i uśmiechem, który gościł na mojej twarzy odkąd sięgam pamięcią. W okresie dzieciństwa spontaniczny, niczym nie hamowany śmiech był moim nieodłącznym towarzyszem. Krótka introspekcja w głąb siebie dostarczyła wystarczająco jasnych dowodów ku temu, aby uświadomić sobie, jak rzadko śmiech gości obecnie w moim życiu, a jak bardzo go pragnę i potrzebuję. Ten wewnętrzny dysonans wywołał ogromną potrzebę uczestnictwa w sesji, a zrodzona we mnie ciekawość zaprowadziła mnie na warsztaty z jogi śmiechu.
Świadomie nie sięgnęłam przed spotkaniem po żadne informacje na ten temat, czekając na to, co się wydarzy. Jedyna czynność, jaką wykonałam wcześniej, polegała na racjonalnym wywołaniu śmiechu  w zaciszu własnego mieszkania. Celem poćwiczenia i przygotowania się do sesji.
To, co działo się w trakcie dwugodzinnego spotkania miało wymiar magiczny i wielce terapeutyczny. Niczym Alicja z krainy czarów mogłam przeniknąć w głąb siebie wydobywając na wierzch to, co spontaniczne, z reguły skrywane i marginalizowane. Drzwi, jako symbol graniczności otworzyły swoje podwoje na oścież, zapraszając mnie do beztroskiej zabawy i radosnego obcowania z samą sobą. To, co gwarantowało współuczestnictwo i co trzeba było zabrać ze sobą nieodłącznie, to własna zgoda i chęć na tego typu doświadczenie, które było dotąd nieznane, a które mogło wydać piękne owoce.
W podróż za wieloma uśmiechami, zarówno mimicznymi, jak i płynącymi z wyrazu oczu, zabrała nas Karin Lesiak – instruktorka jogi śmiechu – która przybyła na spotkanie wyposażona w niekończące się pomysły na wywoływanie śmiechu. Repertuar technik i metod okazał się przeogromny i wielce zaskakujący. Ona sama jako trenerka i specjalistka od śmiechu uraczyła nas cudownym humorem, pięknym, urzekającym i zaraźliwym śmiechem, który emanował z jej twarzy i przenosił się na wszystkich, którzy zebrali się tego popołudnia w sali warsztatowej.   
Przed sesją odbyła się prelekcja poświęcona historii jogi śmiechu, podczas której mieliśmy okazję poznać rodowód jogi i jej dobroczynny wpływ na organizm, poświadczony badaniami naukowymi. Przenieśliśmy się do Indii – kolebki jogi śmiechu – i zapoznaliśmy się z jej twórcą drem Madaną Katarią. Dr Kataria napotykając ludzi w parkach w Bombaju zapraszał ich do uczestnictwa w wymyślonych przez siebie zajęciach takimi oto słowami: „Czy pośmiejesz się ze mną?”. Czyż można oprzeć się tak nietypowej prośbie? Mając na uwadze chociażby to, że śmiech jest szalenie zaraźliwy.
W moim umyśle cały czas do głosu dochodziła myśl dotycząca różnicy pomiędzy śmiechem spontanicznym i wywołanym świadomie. Ciekawiło mnie, jakie będą tego efekty i czy będę w stanie temu sprostać. Po godzinnej sesji okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Bez względu na to, jaki był stan wyjściowy, mój organizm zareagował tak samo. Udowodniłam sobie z przyjemnością, iż mogę stać się adeptką tego typu relaksacji.   
Dla kogoś, kto nigdy nie kojarzył śmiechu z reakcją wywoływaną świadomie, najtrudniejszy może wydawać się ten pierwszy gest, pierwszy odruch śmiechu, wywoływany sztucznie przez nasz umysł. Gdy jednak pokona się tę barierę wewnętrzną w sobie, odważy przed sobą i w obecności innych ludzi, reszta dzieje się spontanicznie. Powoli, krok po kroku. Wystarczy zaufać osobie prowadzącej sesję. I jak uczeń w szkole pozwolić na prowadzenie siebie, a przede wszystkim stosować się do zaleceń, które w tym przypadku okazały się rozbrajające.    
Sesję rozpoczęliśmy od powielania gestów  instruktorki. Na początku było to ćwiczenie o charakterze próby generalnej, każdy z nas miał wybuchnąć śmiechem na życzenie i na głos. Po nim miała miejsce prezentacja uczestników zgromadzonych w kole. Każda z osób wymieniała swoje imię i ulubioną potrawę. Kiedy przyszła kolej na mnie, poczułam delikatną ekscytację i lekkie napięcie. Usłyszenie własnego śmiechu na głos odblokowało barierę wewnętrzną i pozwoliło na nieśmiałą, powolną integrację z otoczeniem oraz zgromadzonymi wokół osobami. Za sprawą aprobaty wyrażanej uroczo z ich strony. Na pełną zabawę integracyjną, a także na pewność siebie musiałam jednak jeszcze poczekać.
Stopniowo dostosowywałam się do zaleceń instruktorki, skupiając się na swoich doznaniach oraz na wskazówkach mających wywoływać śmiech. Ciekawość i powtarzalność kolejnych ćwiczeń ułatwiała zapominanie o charakterze spotkania i wciągała w jego centrum niczym magnes. Moje emocje ewoluowały, początkowo byłam grzecznym wykonawcą czyjejś woli, wyczuwając w sobie dystans i lekki opór, z biegiem czasu otwierałam się coraz bardziej wewnętrznie, co skutkowało śmiechem bardziej zbliżonym do naturalnego. Śmiech stawał się coraz donośniejszy i śmielszy. Czułam się coraz bardziej zrelaksowana i swobodna, a także coraz pewniej i odważniej uzewnętrzniałam śmiech. Można to było zauważyć w uruchamianiu nie tylko mimiki twarzy, ale także innych partii ciała, gestykulacji rąk, skinieniu głową, ruchach oczami.
Stopniowo zacieśniała się także więź pomiędzy współuczestnikami sesji. Warsztat wiązał się z przemieszczaniem w przestrzeni. Krążeniem, zmianą pozycji, chodzeniem wokół i pomiędzy uczestnikami sesji. Gry i formy zabawowe służyły wzajemnej interakcji poprzez dotyk, uśmiech skierowany do sąsiada, wybuchy śmiechu, którymi obdarzaliśmy siebie nawzajem. Istotną rolę odgrywało także klaskanie w dłonie oraz ćwiczenia oddechowe, jako ważne przerywniki w sesji. Zetknięcie dłoni służyło aktywacji nerwów, a ćwiczenia oddechowe dotleniały nasz organizm, sprzyjały relaksacji, wprowadzały elementy nieodzowne w praktykowaniu jogi, zwane pranajamą. Działały wreszcie jako przerywniki, bowiem wysiłek fizyczny związany ze śmiechem ujawnił swoje drugie dno. Bolącą przeponę, która musiała się intensywnie napracować, a w moim przypadku także bóle mięśni twarzy, które od jakiegoś czasu nie były w takim zakresie uruchamiane. Te wszystkie „dolegliwości bólowe” świadczyły o jednym, iż sesja śmiechu należała do udanych.
Wśród niezliczonej liczby pomysłów i ćwiczeń, jakimi obdarzała nas Karin Lesiak w trakcie sesji, znalazły się zabawy dziecięce wywołujące spontaniczność, ćwiczenia polegające na mimetyczności w odniesieniu do zwierząt czy ludzkich głosów, odwracające schemat rutynowych zachowań wobec sytuacji zaczerpniętych z życia codziennego i ludzkiego doświadczenia. Mające na celu odwracanie ich ciężaru gatunkowego. Służące wyśmianiu samych siebie i własnych problemów. To, jak podchodzimy na spacerze w parku do niespodzianki spadającej na nas z drzewa. Zważywszy na fakt, iż mamy na sobie nową sukienkę czy świeżo wyczyszczony garnitur.
Bawiliśmy się w ruch uliczny, uruchamialiśmy wiekowe samochody, sporo czasu spędziliśmy w myjni samochodowej przechodząc po kolei przez zmechanizowany system czyszczenia w konwencji dotykowej lub bez. Dla większości z nas, dla mnie także, atrakcyjny wydał się system dotykowy, z którego skorzystałam bardzo ochoczo. Przełamując barierę dotykową względem siebie i swoją wobec innych. To ćwiczenie było dla mnie najciekawsze i najbardziej wartościowe. Sporo radości dostarczyło mi naśladowanie śmiechu śpiewaczki operowej, angielskiej królowej czy nastolatki. A był to repertuar niezmiernie okrojony, dowiedziałam się bowiem, że na świecie rozpoznano sześćdziesiąt typów śmiechu. Wielce prześmiewczy i rozbrajający charakter miała maszyna do liczenia natężenia śmiechu, wymyślona przez Japończyków. Mierzenie śmiechu wywołało potężne salwy związane z jego wybuchem, a mnie ułatwiło eksponowanie śmiechu. Radość wielką poczułam, gdy udawaliśmy koty i inne domowe zwierzęta, spacer z psem, na którym decyzje podejmuje czworonóg, a nie jego właściciel.
Cudowne w trakcie sesji i niezwykle wartościowe dla mnie było to, że stopniowo ogarniało mnie uczucie wyzwolenia, poczucie swobody w eksponowaniu i uzewnętrznianiu swoich reakcji, ogarniający mnie spokój i pogoda ducha, a także spory przypływ dobrej, pozytywnej energii, który emanował jeszcze długo po opuszczeniu sali, w której odbywała się sesja. Jednym słowem joga śmiechu działa i polecam ją każdemu, dla kogo śmiech stanowi wartość samą w sobie. Zwłaszcza tym, którzy kochają się śmiać i tym, którym z jakiegoś powodu za bardzo nie jest do śmiechu. Śmiech wyzwala i integruje. Daje radość i wprawia w doskonały nastrój. Pozwala bywać wśród ludzi i z ludźmi.    
Małgorzata Musioł

Dwujęzyczność chroni przed demencją - artykuł z blogu "Aktywni Seniorzy"



Journal Club 2014.06.26

Międzynarodowy zespół badaczy pod kierownictwem Morrisa Freedmana 18 maja 2014 r. opublikował w czasopiśmie „Behavioural Neurology” wyniki badań nad wpływem dwujęzyczności na wiek wystąpienia demencji. Badania przeprowadzono w Toronto i Montrealu (Kanada) i w Hajdarabadzie (Indie).
Potwierdziły one wcześniejsze doniesienia o ochronnym wpływie dwujęzyczności i wykazały, że w każdym z miast grupa osób dwujęzycznych później zapadała na demencję (nawet o 5 lat). Stwierdzono też, że im więcej języków używali pacjenci, tym ochronny efekt był wyraźniejszy.
Długotrwałe używanie naprzemiennie wielu języków prawdopodobnie buduje w mózgu tak zwaną rezerwę poznawczą kompensującą ubytki sprawności pojawiające się w procesie starzenia mózgu.
Prof. Dariusz Stępkowski

Polecamy także inne materiały z blogu poświęconego problematyce choroby Alzheimera: