środa, 16 lipca 2014

Jutro w "GW": "Pacjencie, bądź niepokorny. Lekarzu, nie jesteś Bogiem"

- Lekarz to nie Bóg, to nie władza, pacjent to nie petent ani klient. Pacjenci czasami są tak przerażeni kontaktem z lekarzem, że boją się spytać o rzeczy podstawowe - mówi onkolog dr Janusz Meder. Jak lekarz powinien traktować pacjenta? Czytaj w środę w magazynie "Tylko Zdrowie".

Kiedy pan ostatni raz trzymał pacjenta za rękę?

Dr n. med. Janusz Meder*, onkolog: Wczoraj. Dosyć często mi się to zdarza. Kiedy rozmawiam z pacjentami, zawsze staram się zachować intymność, nie rozmawiam z nimi na korytarzu, w biegu.

To norma w naszych szpitalach.

- Bardzo niedobrze. Kiedy badam pacjenta w szpitalnej sali, gdzie nie jesteśmy sami, to jeżeli to tylko jest możliwe - a najczęściej jest, łóżka są na kółkach - przewożę pacjenta do pustego gabinetu, gdzie mogę go rozebrać i zbadać. Lekarze zapominają, że musi być zachowana intymność. I wtedy, kiedy tak sami siedzimy i rozmawiamy na różnych etapach diagnozy, leczenia, przede wszystkim pokazuję pacjentowi, że ja go autentycznie słucham. Pośpiech jest niekorzystny, chory jest przerażony, od razu wychwyci lekceważenie.
Wie pani, co mnie najbardziej denerwuje? Że moi koledzy po fachu z innych szpitali, na szczęście nieliczni, nierzadko bardzo utytułowani i znani, nie będę wymieniał nazwisk, między sobą mówią: "do piachu"! Tym lekarzom wymknęły się słowa, które są dla nich normą.

Pan publicznie namawia chorych, by byli niepokorni.

- Lekarz to nie Bóg, to nie władza, pacjent to nie petent ani klient. Pacjenci czasami są tak przerażeni kontaktem z lekarzem, że boją się spytać o rzeczy podstawowe, bo pan profesor się obrazi, że mu się zawraca głowę. Pacjent czuje się niedoinformowany, poganiany i traktowany jak niegrzeczne dziecko. I co gorsza - myśli, że tak musi być. Niepokorny pacjent to taki, który się na to nie godzi, zmienia lekarzy, szuka tych, którzy potraktują go z godnością. Szuka wiedzy o chorobie i konsultuje się z lekarzem.

***

Prof. Zbigniew Szawarski, szef Komitetu Bioetyki przy PAN, ocenia, że z kondycją moralną lekarzy jest fatalnie.

- Każdy to widzi, kto tylko chce to zobaczyć. Problem, że większość lekarzy, szczególnie młodego pokolenia, nie chce tego widzieć.

A dlaczego? Bo czym skorupka nasiąknie za młodu... Jeżeli nie będzie odpowiedniej edukacji na poziomie uczelni, jeżeli nie będzie mistrzów, a lekarz nie zrozumie, że leczenie to jest misja, a nie tylko zawód, rzemiosło, to będzie jeszcze gorzej.

Jak pracowałem w Stanach, widziałem, jak tam się studentów uczy. Musieli włożyć okulary zamazane wazeliną, wtyczki do uszu, groch do butów, ich ręce w stawach unieruchamiano jak przy złamaniach. I w tym stanie musieli przejść ścieżkę, jaką przechodzi zniedołężniały, stary, słaby człowiek, który musi podpisać dokumenty, przeczytać je, musi usłyszeć to, co do niego się mówi, musi się rozebrać w ciasnej kabinie rentgenowskiej. Taki prosty eksperyment nauczył tych młodych lekarzy, co to znaczy być chorym, starym, niedowidzącym i niedosłyszącym.

Dlaczego u nas tak się nie uczy?

- A komu się chce? A po co się wysilać? A co to kogo obchodzi, jaki lekarz wyrośnie ze studenta medycyny? Nikogo. Ani władz państwowych, ani władz uczelni medycznych.

Spotkałem w życiu wielu lekarzy, którzy mają empatię, coś chcą dla pacjentów zrobić. Ale to jest mniejszość. Trzeba ich wspomóc, chronić, bardziej doceniać. Nie ma nic lepszego niż nagradzanie za dobrą pracę.

W Centrum Onkologii w Warszawie doceniamy, ile dla wyzdrowienia pacjenta znaczy dobry kontakt z lekarzem. Mamy pierwszy w Polsce zakład psychoonkologii. Są tu psychiatrzy, psychologowie, asystenci socjalni, wszystko, co potrzebne jest pacjentom. Na tę pomoc jest olbrzymie zapotrzebowanie, ale kontrakt NFZ jest ograniczony, bo jest limit.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz