niedziela, 6 kwietnia 2014

"Tirli - tirli czyli ja, Zosia i Alzheimer" (odc. 25)

Tekst pochodzi ze strony: https://www.facebook.com/pages/Munus-kreatywni-opiekunowie/246620932166771 i jest publikowany za zgodą autorki.

Dzisiaj jest mój osobisty dzień kobiet. Na krótko przed oficjalnym. Siadam w moim kuchennym azylu. O szarej godzinie z kubkiem kawy. To jedyna część dnia, kiedy mogę być sama ze swoimi myślami. Próbuję spojrzeć na wszystko z boku. Policzyć to, co się udało, i to czego nie zrobiłam, bo nie umiałam albo zwyczajnie nie chciało mi się. Jestem pracowita, chociaż nie wychodzę do pracy. Sama dla siebie prowadzę tajne komplety. Językowe, psychologiczne. W obronie przed chorobą. To oczywiste. Wędruję gdzieś po bezdrożach obowiązków. Jak Scarlett O’Hara odkładam myślenie o problemach na jutro. Jestem rodzinnym opiekunem, jestem opiekunem rodziny, to jest początek i granica mojego jestem. Na dzisiaj. Przecież najpiękniejsze jeszcze przede mną. W ten mój osobisty dzień kobiet próbuję zatrzymać czas na godzinę. Śpiący dom dodaje mi energii. A czas naprawdę płynie wolniej. Chcę myśleć o sobie dobrze, ale to raczej nudne zajęcie. 
Zbieram siły. Zatrzymany czas to luksus myślenia o przeszłości. O kobietach mojej rodziny: mazurskiej babci Ernie, która sama nauczyła się mówić i czytać p polsku i prababci Franciszce, podróżniczce spod krakowskiej wsi. Franciszka wyruszyła z maleńkim dzieckiem do Chicago, wróciła do Polski po 4 latach z dwiema córeczkami, żeby kupić gospodarstwo. Pradziadek miał przyjechać potem. Nie zdążył przed śmiercią żony i starszej córki. Umarły na grypę „hiszpankę”. Została moja babcia Stasia, mama mojej mamy.
To są moce niezwykłe, pozwalają na dystans do własnego życia. Zakazują użalania się nad sobą. Wskazują drogę. Zaraz wyruszę do swoich obowiązków. Przestanę milczeć i zacznę mówić. Gdzieś otworzyły się drzwi. Mój osobisty dzień kobiet się skończył.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz